Beata Abdallah-Krzepkowska
Gdyby islamofobia nie istniała, należałoby ją wymyśleć. I zrobiono to, cztery dekady temu, gdy zmierzchał dwubiegunowy świat.
Pamiętam czas sprzed islamofobii, czas dla wielu ludzi dziś niewyobrażalny. Gdy we wczesnych latach 90. zaczynałam studia arabistyczne, islam nie wzbudzał żadnych emocji – ot, jedna z religii światowych. Żaden kolektywny „świat muzułmański” nie istniał w zbiorowej wyobraźni Polaków, a jeśli już, to był to ogólnikowy „Orient” – miejsce baśniowe, znane z literackich opowieści, zwane często ,,Arabią”. Świadomi byliśmy też poszczególnych krajów arabskich, głównie – jak to się wówczas określało – „krajów rozwijających się”, jak Libia, Irak, Algieria, Palestyna czy Syria. To tam wyjeżdżało się na kontrakty aby pracować na jednym z wielu polskich placów budowy, stamtąd przyjeżdżali do nas na stypendia studenci, tam wreszcie toczyła się walka z kolonializmem. Nikomu nie przychodziło do głowy żeby studiujących w Polsce Palestyńczyków czy Turków, z którymi Polacy we wczesnych latach 90. namiętnie handlowali, określać zbiorczym mianem ,,muzułmanów”. Podobnie jak polskich Tatarów, stanowiących wówczas dla reszty społeczeństwa swojsko-egzotyczną grupę etniczną.
Początkowo na uczelnię jeździłam pociągiem i gdy próbowałam się przygotować na zajęcia, często byłam pytana przez współpasażerów o znaki, jakie stawiałam w zeszycie. Ludzie byli zainteresowani, pytali o różne kwestie językowe i kulturowe, co często było zaczątkiem ciekawych rozmów – ktoś opowiadał o kuzynie, który spędził kilka lat w Libii, ktoś inny o wujku pracujacym w Algierii.
Od tamtego czasu minęły więcej niż trzy dekady. Moi studenci uczący się arabskiego w środkach komunikacji publicznej nie prowadzą już miłych rozmów ze współpasażerami, bywają natomiast czasem wyzywani od terrorystów, a studentki są pytane czy uczą się arabskiego żeby być gwałcone. Czasem się od nich po prostu w panice ucieka, nauczyli się więc nie korzystać z materiałów do nauki arabskiego w miejscach publicznych.
Nie znaczy to, że gdy wkraczaliśmy 30 lat temu do obozu Zachodu, nie było w Polsce rasizmu i uprzedzeń. Były, ale ich bazę stanowiła głównie etniczność, w mniejszym stopniu kultura, w najmniejszym zaś religia, mieszkańcy tak zwanych później „krajów muzułmańskich” nie zostali jeszcze ideologicznie ,,zislamizowani”. Zdecydowanie więcej też było ciekawości Innego niż pogardy. Co więc zmieniło się w ciągu tych trzech dekad?
Zabawne smutnego początki
Gdy od czasu „Pustynnej Burzy” – pierwszej interwencji USA na Bliskim Wschodzie po zakończeniu zimnej wojny – zaczęła się w Polsce stopniowo, powoli sączyć wąską strużką islamofobia, nie traktowałam tego zjawiska poważnie. Nie brałam go na serio nawet w 2001 roku, gdy upadek dwóch wież sprawił, że ów strumyczek nagle przeobraził się w huczącą Niagarę.
Dlaczego zlekceważyłam te początki, dlaczego je niedoszacowałam? Pierwsze islamofobiczne jaskółki w naszym kraju były tak groteskowe, że trudno było traktować je poważnie. Pamiętam początki nieporadnych działań polskich mediów, którym wydano rozkaz nagonki: zatrzymanie dwóch mężczyzn z Afganistanu tylko dlatego, że przebywając w Warszawie, mieli przy sobie… mapę Warszawy z napisami w alfabecie arabskim. Albo innego mężczyzny, którego „winą” było to, że w internetowej kafejce czytał arabską gazetę.
Wszystko to wydawało się wówczas po prostu zabawne – jak „przerażająca” wiadomość z gazety Fakt, którą kiedyś przynieśli mi rozbawieni studenci: oto pomnik Jan Paweł II w Hiszpanii został rzekomo „sprofanowany islamskimi symbolami”. Tymi „symbolami” okazały się uśmiechnięte buźki i… uśmiechnięty księżyc. Przecież my, Polacy – naród całkiem dobrze zorientowany w świecie, nieźle wyedukowany, przekorny i obdarzony poczuciem humoru, od wieków utrzymujący bliskie i normalne relacje z muzułmanami – nie kupimy czegoś takiego. To szaleństwo szybko się wypali, nie ma przed sobą przyszłości – ludzie wszak kierują się rozumem!
Któż, posiadając choćby krztę zdrowego rozsądku, uwierzy, że ćwierć ludności świata to terroryści, mordercy i gwałciciele? Że istnieją kultury, w których wartością miałoby być szaleństwo i przemoc? Że taka rzekomo straszna cywilizacja trwa już 1400 lat na ogromnym obszarze świata i jakoś nie wymordowała reszty ludzkości? I że islam – najmłodsza z triady religii abrahamowych, w wielu miejscach tak podobna do swych sióstr, chrześcijaństwa i judaizmu – miałby być religią całkowicie odmienną, wyjątkową i wynaturzoną, wręcz szatańską antyreligią, która nie tylko przetrwała, lecz także przyciągnęła tak wielu wyznawców i stała się najszybciej rozwijającym się wyznaniem świata? Słowem – nic tu logicznie nie trzymało się kupy i nie miało prawa się udać. A jednak…
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że emocje, w które celuje skuteczna propaganda, potrafią zagłuszyć racjonalne myślenie. I że odhumanizowanie dowolnej społeczności religijnej czy etnicznej może być zaskakująco łatwe i szybkie. Dziś wstrzymuje się loty po zgłoszeniach podróżnych przerażonych tym, że współpasażer czyta książkę po arabsku, rozmawia w tym języku lub – nie daj Boże – modli się. „Islam” stał się potężną figurą symboliczną, matką wszystkich strachów, neutralizującą wszelkie lęki społeczne, a islamofobia – skutecznym narzędziem technologii władzy, dokładnie zgodnie z przeznaczeniem, do którego została zaprojektowana.
Pożytki dla systemu:
Islamofobia – podobnie jak inne odmiany rasizmu – nie jest więc zjawiskiem uniwersalnym, odwiecznym i ahistorycznym. Ma swój początek i swoje przyczyny w określonej sytuacji politycznej oraz ekonomicznej. Ma też swój cel i skutki dalece wykraczające poza pierwotne założenia.
Wytwarzana w Stanach Zjednoczonych miała początkowo służyć jako listek figowy dla przejmowania przez Amerykę kontroli nad Bliskim Wschodem po zakończeniu zimnej wojny. Z czasem jednak stała się potężnym i wszechstronnie użytecznym narzędziem politycznym, z którego korzysta nie tylko jej twórca, lecz także pomniejsze podmioty polityczne i okołopolityczne – jednocześnie na niej żerujące i ją wzmacniające. Od autorytarnych rządów różnych państw, zwalczających opozycję pod hasłem „walki z islamskim terrorem”, przez jednostki naukowe i samych naukowców, którzy nie mając wiele do powiedzenia w swojej dziedzinie, nagle zaczęli „zajmować się islamem”, tworząc niezliczone katedry „nauk o bezpieczeństwie” – zajmujące się głównie turystyką konferencyjną w atrakcyjnych miejscach świata i zarabianiem na równie licznych „szkoleniach z bezpieczeństwa” – aż po poszukujących sensacji youtuberów, dziennikarzy oraz twórców literatury lotniskowej, którzy w książkach „z oczami” odkryli prawdziwą złotą żyłę.
Islamofobia miała pomóc zastąpić świadomość klasową fantomowymi wojnami kulturowo-tożsamościowymi, odciągnąć uwagę od realnych zagrożeń. Miała budować poczucie „zachodniej” wyższości cywilizacyjnej i odrębności od „świata barbarzyńców”, konstruując iluzoryczną hierarchię wartości opartą na kulturze – i na niej właśnie, a nie na świadomości klasowej, oprzeć tożsamość oraz namiastkę solidarności w pozimnowojennym świecie. Podporządkowany „biały” miał odczuwać solidarność ze swoim „białym” panem, zamiast z „niebiałym”, tak samo podporządkowanym towarzyszem – tak, by nie dostrzegł, że obaj należą do tego samego wyklętego ludu ziemi. Nowo podporządkowane peryferia kapitału, takie jak Polska, miały budować swoją świeżo nabytą „zachodniość” na odrębności od rzekomej „dżungli” islamu i czynnie wspierać podbój Globalnego Południa pod hasłami misji cywilizacyjnych.
Islamofobia – jak każdy rodzaj indukowanego lęku – ma skłonić ludzi, by zgodzili się na to, na co nie przystaliby w stanie emocjonalnej przytomności: na zabijanie innych i na bycie zabijanymi, na „armaty zamiast masła”, na kontrolę i inwigilację. Dlatego też przyzwoici ludzie, utożsamiający się z obozem „cywilizowanego świata”, uznają za konieczne mordowanie „islamskich barbarzyńców” w Afganistanie, Iraku czy Libii. Na islamofobii w dużej mierze korzysta Izrael, który od lat 90. przemodelował swoją propagandę, wpisując ją w ramy rozpowszechnianej przez administrację Stanów Zjednoczonych huntingtonowskiej koncepcji „wojny cywilizacji”. Miał odtąd bronić cywilizacji Zachodu przed „islamską dziczą”, tak aby nikt nie śmiał zakwestionować systemu apartheidu, czystki etnicznej rozłożonej na raty i codziennych cierpień Palestyńczyków pod najdłuższą okupacją naszych czasów – a w końcu, by ostatecznie znieczulić opinię publiczną na eksterminację ludności palestyńskiej w Gazie. To ostatnie jednak się nie udało. Mimo milczenia i zmowy elit ludzie w większości nie utracili kompasu moralnego.
Społeczeństwo zaczadzone
Islamofobia osiągnęła przewidywalny, a zarazem ostateczny etap – stała się całkowicie przezroczystą, niemal niezauważalną odmianą rasizmu. Rasizmem dla wszystkich, ponad podziałami, także politycznymi; rasizmem skrajnie demokratycznym, egalitarnym – łączącym i spajającym różne warstwy oraz klasy społeczne. Ma swoją odmianę ludową, budzącą odruch odrazy w elitach, i subtelną – przystojącą intelektualistom, ludziom pragnącym uchodzić za wrażliwych i wyważonych. Tu wszystkie chwyty są dozwolone. Nie skompromituje ani polonisty, ani entomologa zabranie eksperckiego głosu w tej sprawie. Każdy „zna się” na islamie. „Islam” można wcisnąć wszędzie i zawsze, nawet w najbardziej odległe tematy. Wystarczy przerzucać się pustoznaczącymi liczmanami: szariat, mułła, burka, kalifat. Wyobrażony „islam” jest bowiem bytem na tyle wyrazistym, by wzbudzać silne emocje, a zarazem na tyle amorficznym, by pomieścić wszelkie fantazje.
W polskiej sferze publicznej brak poważnej, merytorycznej dyskusji na temat islamofobii. Pozorna walka z tą odmianą rasizmu, prowadzona przez część tzw. obozu postępowo-liberalnego, okazuje się bezowocna, ponieważ nie uwzględnia jej realnego podglebia ekonomiczno-politycznego. Traktuje islamofobię jako zjawisko wyizolowane, umieszczając je w bezpiecznej przestrzeni wyidealizowanych tożsamości kulturowych.
Mamy również wyraźną posuchę na rynku wydawniczym. Choć na świecie o islamofobii napisano już wiele, na polskim rynku wciąż niewiele jest książek poświęconych temu zagadnieniu. W 2009 roku Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa” wydał Nową islamofobię Vincenta Geissera. Osiem lat temu Monika Bobako opublikowała znakomitą Islamofobię jako technologię władzy. Studium z antropologii politycznej – książkę niezwykle ważną, lecz, co znamienne, niedocenioną i niemal nieobecną w polskiej debacie publicznej. Tym bardziej cieszy pojawienie się na polskim rynku Sterroryzowanych. W pułapce islamofobii – wydanych przez Wydawnictwo Tajfuny – będących przekładem książki Tangled in Terror. Uprooting Islamophobia (2022) autorstwa Suhaiymy Manzoor-Khan.

Autorka jest poetką, pisarką, dramaturżką, edukatorką i aktywistką. W jej dorobku znajdują się m.in. A FLY Girl’s Guide to University (napisana wspólnie z L. Olufemi, O. Younge i W. Sebatindirą), zbiór esejów Seeing for Ourselves: And Even Stranger Possibilities, tom poetycki Postcolonial Banter oraz dramat Peanut Butter and Blueberries. Suhaiymah Manzoor-Khan znana jest również z wystąpień na slamach poetyckich – m.in. Funeral of the Authentic Muslim Woman czy LOL, Inshaallah. Największą popularność przyniosła jej jednak recytacja wiersza This Is Not a Humanising Poem podczas London’s Roundhouse Poetry Slam, która osiągnęła około dwóch milionów wyświetleń w internecie. Prowadzi blog The Brown Hijabi i publikuje m.in. na łamach The Guardian, Middle East Eye, HuffPost, The Independent, 5PillarsUK, New Internationalist, Amaliah, Al Jazeera oraz Sister-hood. Często pojawia się także w programach radiowych. Współtworzy ponadto „The Nejma Collective” – stowarzyszenie wspierające solidarność abolicjonistyczną z muzułmanami przebywającymi w więzieniach. Twórczość Manzoor-Khan koncentruje się wokół tematów islamofobii, dekolonizacji, imperializmu oraz przemocy rasowej i genderowej. Jest silnie naznaczona jej osobistym doświadczeniem bycia brytyjską „kolorową muzułmanką” – autorka pochodzi z brytyjsko-palestyńskiej rodziny drugiego pokolenia postimigracyjnego i dorastała w społeczności brytyjsko-pakistańskiej.
Tematem i zbiorowym bohaterem Sterroryzowanych jest społeczeństwo brytyjskie – poddane terrorowi znormalizowanej, systemowej przemocy, będącej owocem przemysłu islamofobicznego. Manzoor-Khan ukazuje islamofobię nie jako zjawisko wyabstrahowane czy niszowe, lecz jako narzędzie polityki i technologię władzy, nierozerwalnie splecioną z globalnym systemem dominacji kulturowej, imperializmu, militaryzmu i kapitalizmu – systemem projektowanym z myślą o korzyściach międzynarodowych korporacji. Tak jak islamofobia nigdy nie była „o islamie” ani „o muzułmanach”, tak jej skutki nie ograniczają się do wyznawców tej religii, lecz obejmują całe społeczeństwo.
W Zjednoczonym Królestwie milionów kamer
Manzoor-Khan interesuje przede wszystkim to, jak islamofobia działa w praktyce – jakim celom służy i jakie przynosi skutki. Swoje obserwacje prowadzi w środowisku sobie najbliższym: w społeczeństwie brytyjskim, którego sama jest częścią. Ukazuje islamofobię jako projekt stworzony m.in. po to, by wytwarzać podziały społeczne oraz poddawać zarówno jednostki, jak i całe zbiorowości systemowi kontroli – na poziomie lokalnym, narodowym i globalnym.
Szermując hasłami „walki z terroryzmem” czy „przeciwdziałania radykalizacji”, państwo uzasadnia przyznawanie sobie nadzwyczajnych uprawnień: inwigilację, ograniczanie praw obywatelskich, odbieranie paszportów, przeszukiwanie prywatnych urządzeń elektronicznych czy aresztowanie na czas nieokreślony. Przepisy rzekomo wymierzone w „podejrzanych o radykalizację” w praktyce obejmują wszystkich mieszkańców Zjednoczonego Królestwa. W ten sposób wzniecona antymuzułmańska histeria oraz obsesja sekurytyzacji umożliwiły przekształcenie Wielkiej Brytanii w iście orwellowskie królestwo kontroli i nadzoru – którego widomym znakiem są wszechobecne kamery śledzące każdy krok mieszkańców oraz rozbudowany system gromadzenia danych o niemal wszystkich aspektach ich życia. Islamofobia staje się tu swoistym laboratorium doświadczalnym, w którym testuje się metody kontroli i neutralizowania każdego, kto może zagrozić systemowi – ludzi sprzeciwiających się ludobójstwu w Palestynie czy zatruwaniu rzek, pracowników i rolników walczących o swoje prawa, dziennikarzy podejmujących niewygodne tematy.
Jak każda narośl systemu globalnego kapitalizmu, islamofobia ma charakter totalny – przenika społeczeństwo od podstaw, toczy je od poziomu rodzin i jednostek. Wdziera się nawet w najbardziej intymną relację człowieka z Bogiem: przedmiotem podejrzeń stają się powszednie praktyki religijne, takie jak modlitwa czy post, do tego stopnia, że wierzący zaczyna sam kwestionować i cenzurować własne gesty, myśli, odruchy. Zainfekowany zostaje każdy aspekt życia – edukacja, relacje towarzyskie, praca zawodowa, podróże, dostęp do opieki zdrowotnej. Nawet własne imię i nazwisko może stać się polem minowym. Szczególnie dotkliwie islamofobia uderza w najsłabszych: dzieci, młodzież, uchodźców, migrantów. A także w kobiety, które często stają się jej pierwszym celem. Publicznemu osądowi poddaje się najbardziej intymne sfery ich życia – wiarę, relacje rodzinne, seksualność, uczucia. Islamofobia jest przy tym na tyle przezroczysta, że często przestaje się o niej mówić – a nawet ją dostrzegać. Nie widać też na pierwszy rzut oka ran, które zadaje. Ran, których nikt nie liczy.
Mówiąca do nas z serca Zachodu Manzoor-Khan podważa mit „wolnego świata” jako ostoi równości i wolności – świata, który w istocie nie jest żadnym borellowskim „ogrodem” cywilizacji, lecz obozem przemocy, zniewalającym zarówno jednostki, jak i całe społeczeństwa. Przemoc ta coraz słabiej skrywa się za listkiem figowym liberalnej narracji, którą autorka bezlitośnie obnaża. Pod pozorem walki z rasizmem i wykluczeniem stosowane są bowiem subtelne – a przez to szczególnie niebezpieczne – techniki kontroli. Autorka zagląda pod podszewkę rozmaitych inicjatyw antyrasistowskich czy przedsięwzięć mających rzekomo szerzyć tolerancję i odnajduje tam mechanizmy społecznej manipulacji oraz bynajmniej nie niewinne powiązania. Jedną z szeroko stosowanych, a społecznie groźnych praktyk jest włączanie samych muzułmanów w mechanizm islamofobii – tak, by stawali się własnymi strażnikami, dobrowolnie dzieląc się na „dobrych” i „złych”. To klasyczna technika kolonialna, aż prosząca się o historyczne analogie z judenratami. Islamofobia zostaje w ten sposób zinternalizowana – zarówno na poziomie jednostkowym, jak i grupowym. Manzoor-Khan nie oszczędza również liberalnego feminizmu głównego nurtu, który jawi się w jej analizie jako jedno z najskuteczniejszych narzędzi imperializmu kulturowego.
Wśród ofiar nie ma Polaków?
Można zapytać: czy ten temat w ogóle dotyczy Polaków? Czy nie jest to kolejny „modny” problem z katalogu spraw rzekomo zarezerwowanych dla „pierwszego świata”? W Polsce liczba muzułmanów nie przekracza 0,1%, podczas gdy w Zjednoczonym Królestwie wynosi około 6,5% – przy czym większość tej społeczności stanowią Brytyjczycy pochodzenia migranckiego, osiedleni tam od kilku pokoleń. Choć w obu przypadkach nie są to liczby znaczące, w Wielkiej Brytanii islamofobia stała się skutecznym narzędziem kontroli państwa nad społeczeństwem. A przecież dobrze wiemy: islamofobia nie ma nic wspólnego z realnymi muzułmanami. W Polsce, mimo że muzułmanie stanowią grupę mikroskopijną, aż 73% Polaków deklaruje wobec nich negatywny stosunek – zjawisko określane mianem „platonicznej islamofobii”. To odsetek wyższy niż w wielu krajach o znacznie liczniejszej mniejszości muzułmańskiej. W takich warunkach niezwykle łatwo wzniecić zbiorową panikę – podobną do tej, która wybuchła latem ubiegłego roku, gdy zapalnikiem stały się zdjęcia ze świątecznej modlitwy w dużych polskich miastach. Warto więc rozumieć mechanizmy propagandy strachu oraz jej tragiczne – i zarazem przewidywalne – skutki. Indukowany lęk, paraliżujący racjonalny osąd sytuacji, może bowiem prowadzić do instalowania systemów inwigilacji i kontroli, które ostatecznie obejmują wszystkich.
Co robić?
Autorka nie poprzestaje na nakreśleniu ponurego obrazu owoców przemysłu islamofobicznego – społeczeństwa duszącego się w mackach stugłowej hydry. Suhaiymah Manzoor-Khan wzywa do działania – póki nie jest za późno. Zamiast wciąż analizować źródła czy treści islamofobii – o których powiedziano już wystarczająco dużo – powinniśmy przyjrzeć się temu, co islamofobia realnie robi. Zacząć zadawać pytania: kto na niej korzysta? Kto i w jaki sposób nią zarządza? Jak sami jesteśmy w nią uwikłani – często wbrew własnej woli i świadomości? Wyzwolenie się z jej macek oznacza wyjście poza obowiązujący system przemocy: odmowę udziału w narzuconej grze oraz podważenie dominujących narracji – poczynając od zmian na poziomie języka, od odebrania im ich rzekomo „naturalnego”, oczywistego charakteru. Manzoor-Khan pozostaje przy tym ostrożną optymistką. Pisze, że „obecny porządek świata bynajmniej nie jest przypadkowy” – a skoro miał swój początek, może mieć również swój koniec, jeśli tylko nie pozostaniemy bierni.
Na koniec warto wspomnieć o polskim wydaniu książki. Wydawnictwo Tajfuny potraktowało sprawę profesjonalnie – od starannej szaty graficznej po zaproszenie autorki do Polski jesienią ubiegłego roku na spotkania z czytelnikami. Na szczególną uwagę zasługuje kwestia, która niejedną publikację o tematyce okołomuzułmańskiej już pogrążyła – tłumaczenie. W tym przypadku wydawnictwo zadbało nie tylko o znakomity przekład, lecz także o rzetelne, profesjonalne przypisy, zawierające solidną dawkę wiedzy o islamie – co, niestety, wciąż nie jest normą. To zasługa tłumaczki, Aleksandry Szymczyk, iranistki z wykształcenia. Jako istotne uzupełnienie o polskie realia otrzymujemy również posłowie autorstwa Leny Khalid.
Dr Beata Abdallah-Krzepkowska – absolwentka arabistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, adiunkt w Zakładzie Orientalistyki na Uniwersytecie Śląskim, zainteresowania naukowe: język Koranu, islam europejski, zagadnienia współczesnego islamu.



