Alif mojego życia

Maciej Musa Konopacki

 

Maciej Musa Konopacki

Pierwsza litera alfabetu arabskiego, poznana w dzieciństwie, stale swym wyglądem i brzmieniem przywołuje tamten odległy, tak drogi mi czas życia. Poznałem tę literę, jak i cały alfabet, aby stopniowo wczytywać się w treść ówczesnego muzułmańskiego podręcznika, zwanego „sforką”, na lekcjach religii u imama wileńskiego meczetu, Ibrahima Smajkiewicza.

Jak początek życia, jak brzask dnia czy pierwszy świadomy już po przebudzeniu się oddech – tym wszystkim jest dla mnie alif. Kiedy modlę się w gdańskim meczecie, mając przed sobą koraniczne wersety, właśnie szczególnie ta litera powoduje skojarzenia sięgające dzieciństwa – przecież początku istnienia.

Urodzić się muzułmaninem…. To wielkie szczęście, lecz i zobowiązanie wobec islamu i własnej wspólnoty! To świadomość przynależności do świata pełnego duchowych wartości, których dzisiaj znacznie bliżej jesteśmy, dzięki wspieraniu naszego życia muzułmańskiego przez znajdujących się w Polsce przedstawicieli tego świata. Te duchowe bogactwa dostrzegają wyznawcy innych religii; nieraz podkreślają, że Islam jest dla nich przykładem, jak należy właściwie szukać szlaków do rzeczywistej głębi wiary.

Pragnę przybliżyć me przemyślenia, którym początek dała ta litera… Jak wspomniałem, poznałem ją w Wilnie, mieście zwanym niegdyś stolicą Polskiego Islamu. Pojawienie się na świat w nim, w rodzinie muzułmańskiej, to nie do wysłowienia wielki los szczęścia. Obecnie, kiedy znajduję się już po zachodniej stronie życiowego stoku – w wieku emerytalnym – zdaję sobie sprawę z tego faktu. On zadecydował o mym życiu w wymiarze duchowym, zawierającym nie tylko powinności religijne, lecz także poczynania natury społecznej, w tym również jako publicysty. Od ponad 30 lat uprawiam naszą tematykę w różnych jej aspektach, nie wyłączając spraw ściśle religijnych. Oczywiście, należało w swoim czasie być zainspirowanym przez rodzimą tradycję, ukształtowaną właśnie w Wilnie.

Staram się odwiedzać rodzinne strony. Pierwszy raz nawiedziłem je po niemal półwieczu. Przemierzałem ścieżki dzieciństwa oraz wczesnej młodości, odnawiałem znajomość z tym wszystkim, co mnie uformowało. Po powrocie jest czas, na spokojny ogląd tego, co było mym udziałem w czasie tych podróży. Chcę i teraz pokusić się przynajmniej o pobieżną lustrację przeżytych tam chwil.
Jakbym odzyskał cząstkę samego siebie z dawnych lat i dzięki temu jakbym znowu uczestniczył, jeszcze jako dziecko, w ówczesnej rzeczywistości własnej społeczności. Nie zastałem już meczetu. Spłonął podczas działań wojennych w 1944 roku. Ta świątynia była owym alifem mej muzułmańskiej, ale i jednocześnie mej tatarskiej świadomości w początkach lat trzydziestych, kiedy uczęszczałem z rodzicami i siostrą na bajramowe nabożeństwa. Przystanąłem w miejscu, gdzie niegdyś znajdowała się skromna świątynna budowla, odseparowałem się od zgiełkowego otoczenia, aby przeżyć jeszcze raz któryś ze świątecznych dni.

Oto znowu ciągną ku meczetowi moi współwyznawcy, wśród nich zaś żołnierze Szwadronu Jazdy Tatarskiej 13. Pułku Ułanów Wileńskich; był taki zwyczaj, że dowództwo Pułku zwalniało naszych wojskowych, odbywających służbę w armii polskiej, aby mogli pomodlić się, spotkać też swych znajomych, przyjaciół, krewnych. Właśnie powoli, pełen dostojeństwa, zbliża się imam Ibrahim Smajkiewicz. Niebawem pojawia się „miezim” Sulejman Chalecki, pojawiają się najstarsi parafianie – współwyznawcy, tradycyjnie otaczani powszechną czcią. Ten i ów jeszcze zatrzymuje się przy mogile kogoś mu bliskiego, modli się krótko, gdyż meczet jest już prawie wypełniony wiernymi. Najwyższy czas zająć miejsce w „safach”. Dolatują do mnie głosy modlących się… Może to rok 1934, może inny.

Rzeczywistość jest jednak nieubłagana. Upomina, że w niej się przecież znajduję, że tyle już lat minęło. Z przejmującym bólem serca opuszczam to miejsce, oglądając się jeszcze, żegnając się z nim, aby tu jeszcze kiedyś powrócić. Jestem odtąd jakiś inny, odmieniony i doprawdy jeszcze nie mogę podzielić się doznaniami. Niech czas je stosownie uładzi.

Nieco historii. Meczet znajdował się na tzw. Łukiszkach Tatarskich. Jak informuje ostatni już, wydany przed wojną, Kalendarz Muzułmański Tatarów w Polsce z roku 1357- 1358 Hidżry (1939 rok), świątynię odbudowano w XVIII stuleciu. Inne źródła mówią, że meczet uległ gruntownej przebudowie w drugiej połowie XIX wieku; ostatni, generalny remont, odbył się w 1936 roku, że nadal posługuję się powszechnie stosowanym wówczas w kraju kalendarzem. Meczet był w otoczeniu starego naszego cmentarza – mizaru. Jeden ze starych zapisów, chyba już z końca XIX stulecia, następująco uwiecznia naszą wileńską świątynię: – „Maleńki, ubogi, drewniany meczet z takąż w wierzchu wokoło rzezaną galeryjką i wysmukłym minarecikiem, na którym połyskuje godło muzułmańskie; niedaleko meczetu jest domek mołły; nosi on aksamitką ponsową myskę. W pogodne dni piątkowe, zwłaszcza wśród świeżych poranków maja, idącym brzegiem rzeki (Wilii – przyd. Autora) słyszeć się daje dźwięczne wołanie, po nim zaś wkrótce śpiew miły, rzewny i łagodny. Są to wezwania na modlitwę muezzina i namaz garstki wyznawców Islamu…”.

Zachowałem ówczesną pisownię. Dodam, że zapis ten musi być znacznie wcześniejszy, gdyż w końcu XIX wieku tej galeryjki nie było; pozostałem jednak wierny źródłu i wcześniej ten czas podałem.

Być może nasza wileńska świątynia natchnęła wielkiego polskiego poetę, Juliusza Słowackiego, do tych oto strof w poemacie „Beniowski”: – „W powietrzu smutny półksiężyc blaszany / Do nieba zda się wznosi srebrne ręce. / Za grobowcami prosząc … co pod ściany / Meczetu, jako pochodnie jarzące / Palą się … ogniem do Pana nad Pany…”.

Przywołując te strofy znowu jestem poza chwilą bieżącą, znowu zdążam do meczetu, widzę już zza drzew „smutny półksiężyc blaszany”, jestem u siebie, w dawnym Wilnie. Pamięć przetrwała. Kiedy odwiedzam gdański meczet alif z koranicznego wersetu jeszcze intensywniej jaśnieje, rozświetlając moją muzułmańską rzeczywistość. On również ocalał!

(Rocznik Muzułmański nr 7)

 

Podobne wpisy