Islam winny ataków na swoich wyznawców

egypt

Arkadiusz Miernik

Internetowe reakcje na ataki terrorystyczne w krajach muzułmańskich, takie jak piątkowy atak na meczet w Egipcie (czy mający miejsce zaledwie kilka dni wcześniej atak na meczet w Nigerii), ujawniają coś więcej niż przewidywalną obojętność przejawiającą się brakiem łez, flag czy zmieniania zdjęć profilowych na Facebooku. Pokazują jak chęć demonizowania religii islamu prowadzi do aktywnego zacierania granic między mordercami a ich ofiarami.

Spora część internetowych komentarzy normalizuje śmierć muzułmanów z rąk terrorystów twierdzeniem, że „w islamie” przecież na co dzień jedni zabijają drugich. Mordowanym muzułmanom odbiera się więc już nawet status niewinnych ofiar, czyniąc z nich uczestników „wzajemnego zabijania”, niewiele różniących się od ich oprawców.

(Fot. euroislam.pl, luty 2017)

(Fot. euroislam.pl, luty 2017)

Nieco bardziej subtelną formą obwiniania islamu za ataki na jego wyznawców jest wykorzystywanie gry w „dobrego i złego muzułmanina”, w której „zły” to ten, który trzyma się zasad swojej religii, a „dobrym” jest ten, który się z nich wyłamuje. Okazuje się otóż, że „sunniccy ekstremiści” zabili w Egipcie sufich, definiowanych jako „mistycy”. Grając na orientalistycznej fantazji, w której sufi stają się „hipisami islamu” – osobną grupką łagodnych, ucywilizowanych i oświeconych ekscentryków – kreowana jest narracja, w której trochę bardziej krewcy przedstawiciele ortodoksyjnego islamu zabili jakichś marginalnych heretyków. W narracji tej „prawdziwy islam” zabija więc tych, którzy od niego odstają; „źli muzułmanie” zabijają „dobrych sufich”.

Narracja ta ignoruje oczywiście fakt, że szeroka kategoria sufizmu obejmuje nie tylko grono muzułmańskich mistyków, aktywnie oddających się duchowej pracy nad sobą w celu poczucia zjednoczenia z Bogiem, ale też inspirowaną ich naukami interpretację islamu, będącą jedną z najczęściej spotykanych ekspresji tej religii. Wokół sufickich mistyków i „świętych” (będących zazwyczaj ortodoksyjnymi sunnitami) wyrosły społeczne ruchy i instytucje, które szybko zespoliły się z głównymi szkołami prawnymi (madhahib) islamu i od wieków znajdują się w centrum życia religijnego muzułmanów na całym świecie przy poparciu głównych teologicznych ośrodków takich jak egipski al-Azhar, tunezyjska Zejtuna czy marokański Qarałijjin..

I takich właśnie muzułmanów zamordowano w piątek na Synaju: nie 305-ciu derwiszy medytujących wokół fajki pokoju, ale 305-ciu przedstawicieli podszytego naukami sufickimi sunnizmu, będącego od wieków mainstreamem islamu nie tylko w Egipcie, ale i w większości świata muzułmańskiego. Ich mordercy byli natomiast przedstawicielami nurtu „salafi dżihadi”, liczącego sobie zaledwie kilka dekad i odrzucającego autorytet wszystkich głównych nurtów islamu.

Jeśli więc bez większych wątpliwości uznajemy zamachy w klubach czy na koncertach za atak na zachodnią kulturę i europejski styl życia, a zamachy na kościoły za atak na chrześcijaństwo, to dlaczego w regularnych zamachach na meczety bądź religijne zgromadzenia w krajach muzułmańskich tak trudno jest nam dostrzec to, czym one w istocie są – a więc atak odszczepieńczego ekstremizmu na mainstreamowy islam?