Wypierany Wschód

Beata Abdallah-Krzepkowska

Wydana 30 lat temu słynna już książka Samuela Huntingtona sprzedała nam mit cywilizacji jako samodzielnych i niezależnych bytów, kierujących się własnymi celami i prowadzących własne polityczne gry. Lansowana w niej teza „zderzenia cywilizacji” uczyniła kulturę fetyszem oraz wytrychem, którym chcemy otworzyć każde drzwi i wyjaśnić każde zjawisko. Skutecznie zmieniła kierunek dyskursu i  znieczuliła nas na to co istotne  we współczesnym świecie, na to, na co mamy wpływ i co łączy nas wszystkich – na kwestie ekonomiczne i społeczne, na to, że w świecie tyranii politycznej i ucisku kapitalizmu płyniemy wszyscy  na jednej dziurawej łodzi. Fetyszyzacja „kultury” czyni nas ślepymi na Innego. Hidżaby, turbany i szarawary zakrywają przed nami istotę człowieczeństwa. Od tego natręctwa wolny nie jest prawie nikt, wszak ludzie tolerancyjni, pokojowo nastawieni, czynnie krzewiący idee tolerancji, potrafią nie zauważyć człowieka, bo mit kultury potrafi im go przysłonić.

Pomimo, że ta woniejąca naftaliną, wyciągnięta z XIX-wiecznej  szafy  teza  wywołała tylko wzruszenia ramion badaczy kultury, zażenowanych jej  nieporadnością i naiwnością,  to jednak udało się jej trafić pod strzechy, odpowiadała bowiem potrzebom swojego czasu i epoki.  Po upadku ZSRR amerykański imperializm i militaryzm potrzebował kolejnego wroga i kolejnego  czarno-białego podziału, czytelnego dla obywateli finansujących imperialne wojny.  Tym razem  postawiono na wroga „kulturowego”, zamieniając komunizm na islam i głosząc  hasła „wojny cywilizacyjnej”.

My zaś, Polacy, czekając w przedsionku UE i NATO, nerwowo przetrząsaliśmy sakwy podróżne, sprawdzając czy jest  z czym iść do tej wyśnionej i wyidealizowanej Europy, a ponieważ wydawało nam się, że bilans wypada marnie, to pragnęliśmy jak najszybciej udowodnić, że w tej Europie byliśmy od zawsze, żeśmy Europy bronili i że mamy ją we krwi. Słowem, trzeba się było odróżnić od Wschodu, tego podejrzanego Wschodu,  w którym się zatapiamy.   W  oczach przeciętnego mieszkańca Zachodu byliśmy przez lata jakimś hollywoodzkim Ivanem Muhammadowiczem Boratem z  Władywostoka w północnym Drakulistanie, w łapciach z łyka i wielkim złotym krzyżem na piersi, kochającym tanią wódkę, a nasze imię zapisywano mieszkanką cyrylicy i hindi. I tego nie chcieliśmy.  Fakt, że znaleźliśmy się w nowej roli imigrantów unijnych wzbudził też lęk, ze Anglik czy Niemiec utożsami nas z innymi imigrantami, że tak naprawdę nadal będziemy ubogimi krewnymi, takimi samymi jak ludzie z Etiopii czy Pakistanu. Na dodatek okazało się, że pogardzane „turasy” i „ciapaki” są już obywatelami UE od kilku pokoleń i nas tam w tych swoich sklepach i firmach zatrudniają i nawet wynajmują nam domy. Tym pilniejsza okazała się potrzeba zdobycia legitymizacji naszego  europejskiego istnienia. I tak narodziła się u nas baśń o odrębności kultur i cywilizacji, o tym, że my nigdy muzułmanów na oczy nie widzieliśmy, a jak już zobaczyliśmy to pogoniliśmy ich hen od Europy.

Wschodu, tego strasznego  cienia Zachodu, wypiera się i wypierała nasza część Europy, miotająca się między obrazem siebie jako  ubogich krewnych a dumnych, rdzennych europejskich rycerzy broniących od zawsze zachodnich ,,zniewieściałych piciusiów w rurkach”. Im mniej Wschodu, tym więcej będzie Zachodu. To wyparcie różnie przebiegało, w zależności od przemian dziejowych. Kraje należące niegdyś do Imperium Osmańskiego zbudowały swoją tożsamość na micie konfliktu chrześcijaństwa z islamem. Nasze odcięcie od Wschodu było tak gwałtowne, że musieliśmy zapomnieć nagle o tym, że jeszcze do niedawna zarabialiśmy na budowach Iraku i Libii, że studiowaliśmy z palestyńskimi i jemeńskimi studentami, że od 600 lat dzielimy Polskę z Tatarami, że na lekcjach polskiego uczyliśmy się o tureckich wpływach w sarmatyzmie, że Bem, że Polonezköy,  bogactwo turcyzmów w naszym ojczystym  języku.  Bliższy stał nam się Sienkiewicz z jego osobistymi, rodzinnymi resentymentami, których nie rozumieliśmy, niż Mickiewicz. Kilimy i dywany, wschodnią kolorową ujutność naszych wnętrz zamieniliśmy na skandynawski minimalizm.

W tym odcięciu się od Wschodu nie jesteśmy odosobnieni – razem z nami wypiera Wschód nasza część Europy, od setek lat łączącą w sobie wielość tożsamości. Ale to, co kiedyś było dobrem, dziś wydaje  się wstydliwym balastem, o którym należy zapomnieć.

Książkę Adama Balcera o wieloaspektowych związkach Europy Środkowej z islamem i światem Orientu czyta się jak zapis dziejów zapomnianej krainy. Kultura w nich jawi się nie jako odrębny i niezmienny monolit, ale jako wieloskładnikowa zupa, w której co rusz inne smaki dochodzą do głosu, a mieszkańców dzisiejszej Polski, Węgier, Rumunii, Słowenii, Chorwacji i innych krajów łączą z islamem silne i nieoczywiste więzy.  Mit naszej części Europy jako Zachodu oddzielonego od wrogiego Wschodu nijak nie trzyma się już kupy – widzimy tu jak polscy działacze niepodległościowi, intelektualiści i kupcy czują się bardziej u siebie w swojskim Stambule niż w Paryżu, Mickiewicz zapisuje swoje ostatnie słowa po turecku w alfabecie arabskim,  protestanckie idee docierają do świata arabskiego za pośrednictwem prawosławnej kultury rumuńskiej, a skrajnie prawicowy węgierski Jobbik odwołuje się do odwiecznych więzi łączących Wegrów z islamem. Widzimy jak intensywna była wymiana idei i ludzi pomiędzy Europą Środkową a Chanatem Krymskim i Imperium Osmańskim, a jeśli dodamy do tego ogromny wpływ jaki na kulturę Europy wywierała przez setki lat cywilizacja arabsko-muzułmańska, głównie (choć nie tylko) poprzez Andaluzję, to jasnym staje się, że nie da się wyjąć cegieł dziedzictwa islamu z naszego kulturowego fundamentu.

Książkę (tylko 159 stron, ale jakich!) czyta się doskonale, tekst jest gęsty, ale czyta się go bardzo dobrze; co zdanie to nowa, poruszająca informacja, która zaskakuje czytelnika. Do tego bardzo staranne wydanie i wyjątkowo ciekawa grafika zwiększają czytelniczą przyjemność.

Warto czytać, bo wyparcie jakiejś części siebie jest szkodliwe, również dla zbiorowej psyche.

 

„Turcja, Wielki Step i Europa Środkowa”
Autor: Adam Balcer
Wydawnictwo: Międzynarodowe Centrum Kultury
Data wydania: 2019

 

Dr Beata Abdallah-Krzepkowska – absolwentka arabistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, adiunkt w Zakładzie Orientalistyki na Uniwersytecie Śląskim, zainteresowania naukowe: język Koranu, islam europejski, zagadnienia współczesnego islamu.

 

 

 

Podobne wpisy